Folkmetalowiec - Tajemnica kalmarowych krążków

- Mrożona kawa, popcorn! - krzyczał obwieszony torbami i przenośnymi lodówkami sprzedawca. Dzieciaki kopały piłkę strzelając dookoła piaskiem, wytatuowani dresiarze stali jak kołki prezentując mięśnie swoim tlenionym partnerkom.

Kilka wielorybów, które Greenpeace spychał do morza okazało się wąsatymi ekspedientkami ze sklepu mięsnego, które pojechały nad może za fundusz socjalny i zwrot za niewykorzystane bony żywnościowe do stołówki zakładowej.


 22.06,2016, Hel, Polska,
 - Mrożona kawa, popcorn! - krzyczał obwieszony torbami i przenośnymi lodówkami sprzedawca. Dzieciaki kopały piłkę strzelając dookoła piaskiem, wytatuowani dresiarze stali jak kołki prezentując mięśnie swoim tlenionym partnerkom. Kilka wielorybów, które Greenpeace spychał do morza okazało się wąsatymi ekspedientkami ze sklepu mięsnego, które pojechały nad może za fundusz socjalny i zwrot za niewykorzystane bony żywnościowe do stołówki zakładowej.
Folkmetalowiec relaksował się pod parasolem. Piwko chłodziło się zakopane w dołku wypełnionym wilgotnym piachem z samego brzegu morza. Miecz podtrzymywał parawan a smartfon bezpiecznie spoczywał dla niepoznaki zawinięty w pieluchę. Nikt nie kradnie zawiniętych pieluch z plaży. - Orzeszki w karmelu! Gotowana kukurydza! - krzyczał sprzedawca. Folkmetalowiec miał urlop. Koniec ze ściganiem zagubionych hiphopów czy ubijaniem wałęsających się po gościńcach technomułów. Urlop. Grill, piwko, książka oraz głupawa gra na smartfonie. Czego chcieć więcej od życia?
- Mrożona kawa dla pana – sprzedawca postawił obok Folkmetalowca styropianowy kubek.
- Nie zamawiałem tej kawy – mruknął Folkmetalowiec. W książce, którą miał przed nosem nagle wylądował paragon. „Na dnie kubka czeka ważna wiadomość”. Rad, nierad wyciągnął rękę po napój w tandetnym, styropianowym kubku. Po pierwszym łyku miał ochotę splunąć w piach.
- Ale paskudztwo! - warknął na sprzedawcę.
- Należy się dwanaście złotych – powiedział niewzruszony plażokrążca.
- Ile? - Folkmetalowiec nie mógł się zdecydować, czy sięgnąć po zawinięty w pieluchę portfel, czy po miecz, bo właśnie został obrabowany.


To nie była zwykła smażalnia ryb, gdzie turyści mogli przepłacić za kupione w pobliskiej Biedronce filety z chińskiego mintaja. Nie była to także snobistyczna knajpa, gdzie posypywane jarmużem ekologiczne ryby podaje się na paście z hummusu. O nie.
To była prawdziwa tawerna, pełna wilków morskich, z ich zakazanymi mordami, kiepskimi tatuażami i bliznami, które niosą ze sobą historie pełne rekinów i pirackich kordelasów, choć dziwnym trafem najczęściej zdobyte zostały w knajpie lub przy wychodzeniu z wychodka, gdzie papier toaletowy wisiał na wystającym gwoździu.
Otoczony gęstym dymem taniego tytoniu fajkowego i jeszcze tańszego alkoholu siedział on. Kapitan. Co prawda nie palił, ani nie pił, jednak wszyscy pozostali bywalcy zadbali o odpowiednio gęstą atmosferę. Na pierwszy rzut oka wyglądał raczej na twardego żołnierza liniowego, a nie na marynarza. Od ucha do kącika ust biegła mu brzydka, odcinająca się bielą blizna, a w błękitnych oczach mieszkał chłód, zasiany dziesiątkami bitew, które trzeba było przeżyć.
- Nie będę owijał w bawełnę, Folkmetalowcze. Jesteśmy ludźmi interesu – powiedział, nie precyzując, czy „my” odnosi się do rozmawiających, czy też jego mocodawców – Potrzebuję czempiona piechoty morskiej.
- Czempiona? - zdziwił się Folkmetalowiec.
- Czempiona. Kogoś, kto na rozkaz dowódcy „rozwal tamtą grupę” rozwali grupę zanim padnie kolejny rozkaz – stwierdził kapitan – Uprzedzam pytanie. Cena nie gra roli.
- Jakoś przy wysyłaniu mi zaproszenia grała. Skoro potrzebujecie czempiona, mogliście mi postawić tę kawę
Przez zaciętą twarz przebiegło zdziwienie, zapewne nieczęsty gość na tej fizjonomii.
- Jak to? Przecież zapłaciliśmy… - zawiesił głos – A to szuja… skasował i nas i ciebie… No bez jaj, nikomu już nie można zaufać.
- Takie czasy – mruknął Folkmetalowiec – No ale niech będzie moja strata. Wchodzę w to.

22.06,2016, Polska,
Choć okładki sugerowały, że księga skrywa mapy nieba i wskazówki nawigacyjne, w istocie były to plugawe, pradawne rysunki zesłane przez zapomnianych bogów. Ludzkie zmysły są zbyt słabe, by objąć percepcję przedwiecznych, obcych bytów. Sny stają się dzikie, cienie tańczą swoje tańce w kącikach oczu, odległe plany egzystencji rzucają cień na codzienność.
To nie było łatwe, patrzeć w zawiłe, geometryczne wzory. Bolała głowa. Potem zaczynała lecieć krew z nosa, potem z uszu, wreszcie krew we łzach. Czarna krew. Zła, zgniła, obca.
Ale potem nadchodziło oświecenie. Zrozumienie. Głęboka prawda spływała swoim ukojeniem tego, co jest już poza dzikimi sztormami szaleństwa, z daleka od suchych piasków poczytalności.
Kultysta zamknął księgę. Przenośna lodówka i fusiasta kawa to niska cena za złamanie pierwszej pieczęci. Rytuał wezwania wymaga trzech ofiar. Oszustwa, zdrady i krwi. Oszustwo się dokonało. Zdrada nastąpi. A fontanny krwi zapewni Folkmetalowiec.

Twierdza Folkmetalowców, nieokreślony punkt Głębokiego Astralu. Czas pierwszej sfery materialnej – 19.04.2017
Przytulona do klifu jak kochanka do miłości swego życia twierdza folkmetalowców zdawała się wymarła. Rozwarte jak powieki niewidzących oczu okiennice wpuszczały wiatr w korytarze, z kominów nie leciał dym. Mury obrastały mech i bluszcz, które przystosowywały się do intensywnie zasolonego środowiska fiordów.
To nie był zwykły zamek. Zbudowano go w czasach przed skrystalizowaniem się folkmetalowców jako formacji, głównie pod wpływem azjatyckiego folk-metalu, dlatego był to bardziej dzong, niż twierdza w europejskim znaczeniu. Masywne, pochylone mury z niewielkimi oknami zdawały się raczej wyrastać z klifu, niż być na nim zbudowane.
Ogień wesoło skakał tylko w jednej sali, niewielkiej jadalni, gdzie kilku folkmetalowców przysiadło przy beczce dobrego piwa i kalmarowych krążkach smażonych w oleju. Zgodnie z tradycją dzongów wewnętrzne ściany były bogato zdobione, malowane w obce, dziwne istoty i niepokojące alegorie wielu światów, jakie mieszkańcom przychodzi przemierzać.
- Więc mówisz, że zamiast korzystać z urlopu i zerkać na naolejkowane dupeczki w bikini, ty zaciągnąłeś się na okręt jako czempion marines? - Korpiklaan pociągnął długi łyk piwa i zagryzł od razu kalmarowym krążkiem. Smaki idealnie się zmieszały, wyciągając z piwa głębokie nuty goryczki.
- Tak było.
- Przecież jak ktoś szuka takich zabijaków jak Folkmetalowcy, to szykuje się jakaś grubsza impreza – Ensifer odrzucił włosy, które zaplątały mu się do kufla – Wiedziałeś chociaż co to za krypa? I co za ładunek ma do przeszmuglowania, że się szykują na najgorsze?
- Jestem piechociarzem, nie miałem pojęcia, by o to spytać – odparł Folkmetalowiec – Okazało się to zresztą kluczowe dla dalszego rozwoju wypadków.

17.07,2016, Polska,
Statek nosił dumną nazwę „Zumwalt” i wyglądał, jakby narrator nie mógł się zdecydować, czy opisuje siedemnastowieczny żaglowiec, czy wyposażony w działa magnetyczne krążownik z niedalekiej przyszłości. Trójkątne, pochylone pod kątem do kadłuba żagle wyglądały jak wielokrotnie złożone skrzydła motyla. Kadłub o obco wyglądających, geometrycznych liniach był zarówno elegancki jak i niewidoczny dla radarów. Na skutek niespójności przedstawionego świata obok ekranów LCD i trójwymiarowych rzutników leżały knagi i grube, konopne sznury do kontroli żagli.
- Niesamowita krypa – Folkmetalowiec nie mógł wyjść z podziwu. W istocie, był to naszpikowany nowoczesną technologią cud inżynierii wojennej. Nawet marynarze sprawiali wrażenie uwijających się trybów w maszynie, bezmózgich mrówek, które w podążają za nakazami wyższego intelektu dla dobra swojego pływającego mrowiska.
- Piękna – odparł kapitan.
- A co przewozi?
- A to już nie nasza sprawa. Armator mi nie powiedział, a tobie też radzę nie drążyć. Za dużo płaci, by zadawać pytania – kapitan doskonale wiedział, że ten, kto zadaje takie pytania, często kończy na dnie oceanu z armatnią kulą u szyi. Folkmetalowiec również to zrozumiał. Gwałtownie odwrócił się
- A ciebie gdzie niesie? - zdziwił się kapitan.
- Do magazynu paliwa – odparł – mam tam do zostawienia swój bagaż.

17.07,2016, Singapur, siedziba Kompanii Wschodnioindyjskiej
Lord Victor Chomodeley dotarł do tej fazy gniewu, w której maniery były chłodne i nienaganne, głos bezbarwny, a pod cienką skorupką dobrego wychowania wrzało piekło.
- Czyli chcesz mi powiedzieć, że „Zumwalt” zniknął.
Wielki kwatermistrz podrapał się po głowie. Chomondeley był niewiele starszy niż jego syn, przez co ciągle miał problem z braniem go na poważnie. Przystojna twarz lorda dowódcy nie pasowała do szefa międzynarodowej korporacji kupieckiej. Bardziej wyglądał na fircyka. A do tego Chomondeley był takim tumanem, że nie sposób było zrozumieć, jak to możliwe, że został lordem dowódcą Kompanii Wschodnioindyjskiej, której polityka wewnętrzna przypominała podpalone gniazdo węży. Powiedział mu już trzy razy, że statku nie ma. Jeśli jego lordowska mość chce go ściąć, niech go zetnie. Jeśli chce wypuścić, niech da mu spokój. Niech jednak przestanie go męczyć durnymi pytaniami.
- Tak jest.
- I kiedy zniknął?
- Ostatni meldunek mamy z portu w Providence.
- I tam nagle okazało się, że uzbrojony po zęby, najnowocześniejszy okręt pływający po morzach multiversum, nagle wam zniknął – Lord zetknął końce palców, po czym gwałtownie rozłożył ręce – Puf! I nie ma wartej kilkadziesiąt miliardów pływającej twierdzy.
- W skrócie można to tak ująć.
- Ująć, to można głowy tym, którzy są za to odpowiedzialni – odparł lord z wystudiowaną uprzejmością. - Ująć to można to w budżecie. Jesteśmy spłukani, bo kilkanaście miliardów na badania, wreszcie na budowę, poszło się stukać gdzieś w świecie. Ująć, można to wreszcie tak, że zrobiliśmy z siebie pośmiewisko, dając jakiemuś zasrańcowi podpieprzyć jednostkę wartą więcej, niż wydatki na wojsko w Europie wschodniej – Lord robił się coraz bardziej wściekły – I biorę niebiosa na świadka, niech tylko dorwę tego, kto ma teraz ten okręt…. Będzie przeklinał swą matkę, że go urodziła!

17.07,2016, Bałtyk
Biel wnętrza magazynu paliwa była nienaturalna, sterylna i zimna jak pieszczota śmierci. Folkmetalowiec wprowadził kod bezpieczeństwa. Wykonana z adamantium i zabezpieczania mithrilem skrytka otworzyła się automatycznie. Folkmetalowiec wsunął niepozorny kuferek do środka i z równie wielką ostrożnością zamknął skrytkę.
- A ty kim do cholery jesteś i co robisz w komorze paliwowej! - Folkmetalowiec odwrócił się błyskawicznie, by zobaczyć zasuszonego, zgarbionego człowieka o niezdrowej, sinej cerze i siwiejących włosach – Odpowiesz, czy cię zatkało, tępy osiłku? - o tak, ten skrzekliwy głos pasował do niego. Jak styropianem po szkle.
- Jestem tutaj czempionem piechoty morskiej. A ty?
- A ja, jestem tutaj armatorem. Gadaj, co robisz w magazynie paliwa uranowego!
- Zostawiłem paliwo, a co mam robić!
- Paliwo? Jakie paliwo!
- Esencję folkmetalu – Folkmetalowiec miał już dość armatora. Nie podobał mu się styl taniego drakuli połączony z usposobieniem starego upierdliwca – Jakby któryś idiota postanowił myszkować w moich rzeczach, urwałoby mu rękę. Razem z połową ładowni.
- Esencja folkmetalu… - armator aż oblizał wargi – No tak… to rozsądne.

17.07,2016, Singapur, siedziba Kompanii Wschodnioindyjskiej
Lord Victor Chomondeley nie polubił przybysza. Lubił za to swój gabinet. Dlatego gdy na dywanie najpierw fioletowym ogniem zapłonął zawiły wzór, od którego zrobiło mu się niedobrze, nie był zachwycony. Gdy płomienie osmaliły sufit, a ozdobny, stuletni globus zajął się ogniem, zaczął się denerwować. A gdy z płomieni uformował się zgarbiony, blady staruch, miał ochotę po prostu wyjść. Komputery, telefony, a ci zasrani kultyści ciągle wolą objawiać się w chmurach ognia.
- Bądź pozdrowiony, lordzie Chomondeley.
- Czego chcesz? Mam wystarczająco parszywy dzień i bez waszych przepowiedni, końców świata i próśb o datek na nową świątynię nienazwanego zła.
- Ja nie jestem z greenpeace – odparł przybysz z urażoną miną.
- A to chwalić Boga – odparł Chomondeley bez entuzjazmu – Czego więc chcesz?
- Wiem, gdzie jest Zumwalt – powiedział i zrobił efektowną pauzę, jak to w zwyczaju mają czarne charaktery. Chomondeley znał tę sztuczkę, dlatego tę pauzę po prostu przeczekał. Przybysz najpierw miał tajemniczo uśmiechnięte oblicze, które po kilku chwilach ciszy zmieniło wyraz na całkowicie obojętne. Następnie, gdy cisza trwała, obojętność przeszła w zawód.
- No i? - lord dowódca Kompanii Wschodnioindyjskiej był nieporuszony, jak leniwiec pierdnięciem pchły.
- No i mogę ci powiedzieć, gdzie on jest – kultysta zrozumiał, że lord dowódca nie jest tkającym wielowymiarowe sieci intryg pająkiem, a po prostu matołkiem wyniesionym na stanowisko przez kosmiczny zbieg okoliczności – A ty go znajdziesz i będziesz mógł ukarać złodziei. - dokończył wolno.
Sekretarz lorda dowódcy patrzył na tę scenę z niedowierzaniem. Przed chwilą jeszcze Chomondeley gotów był podpalić cały Londyn, byle tylko znaleźć flagowiec. Teraz jednak, gdy jakiś impertynent pali mu dywan, byle tylko zechciał zapytać, gdzie jest zaginiona jednostka, ten wydaje się przysypiać.
- Będę mógł, powiadasz? - Chomondeley ziewnął, jakby nie mógł się wciąż nadziwić, że postanowił się obudzić – No dobra. Co chcesz w zamian?
- Nic, wasza lordowska mość. Moją nagrodą będzie sprawiedliwość.
- A moją będzie drzemka – odparł lord – Spadaj, nie chce mi się z tobą gadać.
Kultysta patrzył przez chwilę na swojego rozmówcę nie wierząc w to, co usłyszał. Był zbyt zaskoczony, nawet by zniknąć w oparach dymu.
- Co się tak gapisz, jak ropucha w poborcę podatkowego – Chomondeley nagle wybuchł – Przychodzisz tutaj znikąd, palisz mi dywan, biuro do odnowy a akurat budżet przepaliliśmy na kolumienki przed wejściem, wyskakujesz z informacją, że wiesz, gdzie jest nasz zaginiony okręt i tak po prostu nam powiesz, bez nagrody czy innego warunku. A ja ci oczywiście wierzę i jak mały naiwniaczek daję się wprowadzić w pułapkę!
Tym razem kultysta zadrżał. Teraz nie wiedział już, czy Chomondeley jest głupi, szalony, diabolicznie przewrotny, czy wszystko po trochu naraz.
- Gadaj więc, po co chcesz mi powiedzieć, gdzie jest Zumwalt! Ty go ukradłeś?
- Ja – odparł ostrożnie starzec w czerni
- Po co ci on?
- Zgromadziłem na nim ludzi, którzy mają zginąć – odparł wymijająco.
- I ja mam ich zabić w zamian za odzyskanie statku?
- Tak właśnie.
Chomondeley gestem nakazał sekretarzowi nalać sobie wina. Trunek był czerwony jak krew, leżakował długo w dębowych beczkach, nabierał mocy, jak zadawnione waśnie rodowe.
- Ilu ich tam jest?
- A ilu trupów warte jest odzyskanie statku?
- Celna odpowiedź – Chomondeley napił się wina – Czemu mają zginąć?
Kultysta postanowił postawić wszystko na jedną kartę.
- Ich śmierć jest częścią rytuału. Bez niej nie wypełni się mroczne proroctwo.
- Brednie – warknął dowódca Kompanii Wschodnioindyjskiej – Ale wchodzę w to. Gadaj, gdzie jest statek, a krew porywaczy użyźni dno oceanu.
Kultysta uśmiechnął się. Chomondeley nagle zbladł, a z jego nosa pociekła czarna gęsta krew. Sekretarz podbiegł do niego, zaczął wachlować, lecz jego szef nie odpowiadał. Patrzył tylko w przestrzeń, na bladą skórę wystąpiły żyły jak sine robaki, krew z nosa kapała na otwartą na biurku mapę. Po chwili dowódca mrugnął i otarł twarz rękawem czerwonego kaftana.
- Zwołaj flotę – mruknął. Plamy krwi ułożyły się na mapie w dokładny kurs – Ten pajac mówił prawdę. Dorwiemy ich i powiesimy na rejach!

Twierdza Folkmetalowców, nieokreślony punkt Głębokiego Astralu. Czas pierwszej sfery materialnej – 19.04.2017
Korpiklaan pociągnął kolejny łyk piwa i natychmiast zagryzł kalmarowym krążkiem.
- Rewelacyjne te kalmarowe krążki – powiedział strzelając okruszkami z brodatej paszczęki. Ensifer w milczeniu przytaknął, żując swój kawałek, kontemplując słoną panierkę i perfekcyjną gumowatość przekąski. - A ty nie jesz?
- Jakoś nie mam ochoty – odparł bohater tej historii
- Jak można nie mieć ochoty na takie pyszności? - zdziwił się Korpiklaan – Powiesz nam wreszcie co było w ładowni? Dorwała was Kompania Wschodnioindyjska?
- Jasne, że dorwała. I tutaj przydało się to, co było w ładowni…

03.08.2016, Ocean Atlantycki
Folkmetalowiec ciął. Głowa spadła na pokład, uderzyła głucho i potoczyła się pod nogi kapitana.
- Z nadgarstka, rozumiesz – powiedział i wskazał na kukłę, której majtek montował nową głowę z wypchanego słomą skórzanego worka – I po trafieniu ciągnij do siebie. Tnij, nie rąb.
- No pewnie, to oczywiste…
- Kapitanie, statek! - rozległo się wołanie z bocianiego gniazda. Folkmetalowca nagle przeszły dziwne przeczucia. Były jak śnieżka, im dłużej je w sobie obracał, tym były większe.
- Kapitanie, cała flota! Kompania Wschodnioindyjska! - wydarł się marynarz. Folkmetalowiec nabrał nagle złych przeczuć. Zimny prąd przeszedł wzdłuż kręgosłupa – Oni płyną prosto na nas!
„Przygotowywać się! Do dział!” rozległy się rozkazy. Folkmetalowiec wbiegł do swojej kabiny, zaczął pospiesznie nakładać pancerz. Karwasze, najważniejsze. Zamki magnetyczne strzeliły, gdy kolejne elementy zbroi zamykały się na ramionach i biodrach. Pas siedzi, miecz w magnetycznym mocowaniu na plecach siedzi. Folkmetalowiec dociągnął paski i uderzył w panel kontrolny. Jasna dupa, paliwo!
Trzeszcząc niedziałającym pancerzem pobiegł do komory paliwowej. Marynarze biegali jak  mrówki w ukropie, alarm wył. Nawet, jeśli kompania wschodnioindyjska nie ściga właśnie ich, może być po prostu w nastroju na rozróbę.
Folkmetalowiec otworzył swoją skrytkę i wyjął z niej jarzący się zielonym światłem pręt paliwowy. Czysty folkmetal. W zieleni co chwilę błyskały celtyckie wzory i nordyckie runy, przelewały się dzikie energie folku i metalu. Pręt wylądował w specjalnej kieszeni wzdłuż pleców. Zbroja dosłownie ożyła, zdawało się, że ciężki przed chwilą pancerz nagle przestał cokolwiek ważyć. Wskaźniki i runy na karwaszach zaczęły jarzyć się bladym światłem.
Przez chwilę ważył w dłoni drugi pręt paliwowy. Esencja folk metalu nie jest czymś, co tak po prostu można komuś oddać lub zużyć. Z drugiej strony zupełnie mu się nie przyda, jeśli Kompania Wschodnioindyjska zetrze go na proch wraz ze statkiem. A już pręt paliwowy folkmetalu w ich rękach? Nigdy!
Wszedł do pokoju reaktora. Z podłogi wystawały końcówki szyn do prętów kontrolnych oraz paliwowych. Licznik geigera cykał informując o zwiększonym promieniowaniu. Zumwalt, najnowocześniejszy okręt floty Kompanii Wschodnioindyjskiej, napędzany był energią rozszczepiania atomu. Z folkmetalem powinien również sobie poradzić. Z tym, że gdyby była to benzyna, byłaby wysokooktanowa. Paliwo lotnicze wśród chrzczonej wachy kupionej na nielegalnej stacji pod Grodziskiem Mazowieckim. Tak mniej więcej miała się esencja folkmetalu do zwykłego uranu.
Po ostatnich sekundach wahania Folkmetalowiec wsunął pręt paliwowy w reaktor.

Reklama, czyli postaw mi piwo


- Druga flota na horyzoncie! - krzyknął obserwator z bocianiego gniazda. Kapitan zaklął pod nosem.
- Kogo tym razem diabli niosą?
- Chyba hindusów!
„Hindusów?” zdziwił się Folkmetalowiec, który, już w uruchomionej zbroi wyszedł spod pokładu. Kapitan uruchomił trójwymiarowy obraz na środku mostka dowodzenia. Dokładnie naprzeciwko ogromnej floty Kompanii Wschodnioindyjskiej horyzont zasłaniały czerwone żagle z czarnymi swastykami wpisanymi w biały okrąg.
- To chyba hinduski znak szczęścia, nie? - spytał bosman drapiąc się po głowie. Folkmetalowiec spojrzał z nadzieją na kapitana.
- Czy was wszystkich rozum opuścił, czy też to wy opuściliście wszystkie szkoły, bando świńskich ryjów pawianich? - dowódca statku wydarł się na załogę zgodnie ze starodawnym zwyczajem umieszczania w obelgach połowy arki Noego. - Przecież to flota nazistów!
- Skąd się tu wzięli naziści?
- Pewnie z księżyca – mruknął Folkmetalowiec. W tym momencie drzwi prowadzące pod pokład rozwarły się z trzaskiem. Armator nie był już zgarbionym, bełkoczącym starcem. Szedł wyprostowany, spowity w całun czarnej szaty.
- Bo ich wezwałem. Podobnie, jak Kompanię Wschodnioindyjską – powiedział uprzejmym tonem. Pod czarnym płaszczem mignęła czerwona opaska na lewym ramieniu.
- Ale dlaczego? Przecież obie floty zaraz skoczą sobie do gardeł.
- A wcześniej Kompania przejmie Zumwalta, swój flagowy statek, który moi ludzie ukradli dwa miesiące temu.
- Zdradziłeś nas! Od początku chciałeś nas zdradzić! - warknął Folkmetalowiec. Nazistowski kultysta tylko się uśmiechnął.
- Tak!

- Naziści po horyzont, panie – zameldował sekretarz. Lord Chomondeley ze znudzonym wyrazem twarzy obserwował przez lunetę gigantyczną flotę o charakterystycznych żaglach ze swastyką.
- No patrz, a ja jednak miałem nadzieję, że to hindusi – mruknął lord dowódca – Co ich tu przygnało?
- Zapewne to, co nas, panie.
- Nawiedzony kultysta podpalający dywany?
Sekretarz zawahał się. Choć już od lat pracował z Chomondeleyem, wciąż nie był pewien, czy jego szef to faktycznie idiota, czy też po prostu celowo takiego udaje, by wprowadzić w błąd swoich przeciwników politycznych, a swojego sekretarza do rozpaczy. Postanowił zaryzykować.
- Zumwalt, panie.
- Na grzyba im Zumwalt, skoro mają całe mrowie liniowców? - spytał Chomondley – Zresztą pewnie się niedługo dowiemy. Łącz z Zumwaltem.
Sekretarz przyniósł swemu panu telefon satelitarny. Chomondeley poprawił złote, sznurowe naramienniki, i czerwoną, brytyjską kurtkę. Nowoczesność nowoczesnością, ale co tradycja to tradycja.
- Załogo Zumwalta, złodzieje, oszuści, krętacze i brakoroby – rozpoczął, gdy usłyszał potwierdzenie odbioru w słuchawce – W tej chwili w waszą stronę płynie nasz okręt abordażowy Kwiat Oceanu. Jeśli poddacie się bez walki, zostaniecie sprawiedliwie osądzeni i skazani.
Chomondeley chwilkę słuchał z obojętną miną. Następnie odłożył słuchawkę, nadal intensywnie coś obracając w myślach.
- I co powiedzieli?
- Sens był taki, że się nie poddadzą – odparł lord dowódca, po czym zamyślonym tonem dodał - Psi wysrańcu kozi… niezłe.

Długi, wąski okręt z wzmocnionym dziobem oraz trapem do abordażu sunął w stronę Zumwalta. Lord Chomondeley zabronił strzelać, bo przecież „bez sensu byłoby zatopić okręt, który mamy odbić, bando durniów”. Ekipa dzielnych zuchów czekała, aby swoimi kordelasami poprzerabiać zuchwałych złodziejaszków na plasterki. Po drugiej stronie kapitan Zumwalta zagrzewał niewielki oddział piechoty morskiej do boju. Bosman właśnie zamykał nazistowskiego kultystę w celi, wymierzając mu soczyste kopniaki i kuksańce. A Folkmetalowiec czekał.
- Miecz? To dziwny wybór, jak na walkę w ścisku – rzucił półgębkiem sierżant piechoty morskiej, który stanął obok Folkmetalowca. Ten nawet go nie słuchał. Liczył w myślach kroki.
Wziął krótki rozbieg i skoczył. Jak gigantyczna pchła wystrzelił w stronę statku kompanii, by po chwili wylądować na pokładzie przy akompaniamencie trzaskających desek i wystrzelonego w powietrze kurzu. Rzucił spode łba ponure spojrzenie.
- A kuku, skurwysyny – mruknął Folkmetalowiec dobywając miecza.
Gotowi do abordażu marynarze spojrzeli po sobie. A potem krwawy derwisz rozpoczął swój taniec.

- Wielkie nieba – Lord Chomondeley obserwował walkę na statu przez lunetę – To wygląda, jakby helikopter wpadł w stado gęsi!
- Helikoptery po zderzeniach z ptakami muszą awaryjnie lądować, mój panie
- Ten konkretny ma miecze zamiast śmigła. I chyba z osiem rąk – powiedział lord patrząc przez lornetkę. - Ała… to musiało boleć...

Kapitan Zumwalta nie widział, jak Folkmetalowiec rozprawia się z załogą „Kwiatu Oceanu”.
Wszedł do ładowni i przyłożył dłoń do czytnika linii papilarnych na ciężkiej, zabezpieczonej skrzyni. Identyfikacja przebiegła pomyślnie. Najpierw z wieka wysunęły się ciężkie sztaby zamykające. Pod wpływem dekompresji spod wieka buchnęła azotowa para. Kapitan założył gogle ochronne i ostrożnie sięgnął po szczypce. Żarty się kończą.
Błyszcząca niezdrową żółcią esencja dubstepu była gotowa do zainstalowania w pręcie paliwowym do reaktora. Kropla potu spłynęła po czole, żyły na rękach wyszły na wierzch. Dubstepowy pręt paliwowy wsunął się w reaktor, pokrywa zamknęła się. Chłodziwo groźnie zabulgotało. Wychodząc z sali miał ochotę nucić pod nosem skoczne piosenki na samą myśl o dodatkowej mocy, jaką reaktor uzyska dzięki prętowi dubstepowemu.
Woda chłodząca dno reaktora zaczęła świecić jasnym, błękitnym światłem. Rezonująca moc zatrząsnęła prętami sterującymi, po których basowe drgania zaczęły rozchodzić się na całą maszynownię.

Aryjska Armada, pokład flagowego statku „Totenkompf”
Greta zawsze podziwiała doktora Klausa. Wysoki i przystojny jak młody bóg, świetnie wyglądał w mundurze. Urodzony do rozkazywania, wobec kobiet czarujący i szarmancki, zawsze dostrzegał, kiedy z rozmysłem zakładała spódnicę krótką na granicy regulaminu.
- Greta, meine liebe, podejdź no tutaj – zawołał ją do siebie gestem władczym i poważnym. - Powiedz mi, kleine jaskółeczko, co widzisz?
Greta przytknęła do oka lunetę. Dno statku, na którego pokładzie działał ich szpieg, a który miał być kluczowym elementem ich planu podboju świata, świeciło bladym, błękitnym światłem.
- Herr doktor, ci idioci zamontowali w swoim statku podświetlane podwozie, jak w golfie herr doktora!
- Nein, głupia ty! - krzyknął doktor i zabrał jej lunetę – To promieniowanie Czerenkowa! Nie wiem co herr folkmetalisher wykombinował, nie wiem co ten dureń na pokładzie pominął, ale całe to sheisemarine to jeden wielki reaktor atomowy!
Greta, wystraszona, zasłoniła usta, a jej niebieskie oczy przypominały dwa jeziora. Doktor klaus z lekkim rozczarowaniem doszedł do wniosku, że nie są to najgłębsze jeziora, jakie widział.

Pokład statku Zumwalt
Folkmetalowiec wylądował na pokładzie. Strzepnął niewidoczny pyłek z naramiennika.
- Kwestię abordażu mamy załatwioną -  uśmiechnął się. Mina mu jednak zrzedła, gdy zobaczył nacierające w szyku liniowym okręty Kompanii Wschodnioindyjskiej – A co z nimi?
- Folkmetalowcze, muszę ci się do czegoś przyznać – kapitan położył dłoń na ramieniu wojownika – Ja od początku doskonale wiedziałem, co jest w ładowni – zrobił pauzę dla efektu – Statek jest pełen dubstepu.
Folkmetalowiec zbladł
- Na bogów….
- Mamy szansę się wykaraskanie się z tego! - kapitan był szczerze ucieszony, wręcz rozentuzjazmowany – Słuchaj! Gdy ty przerabiałeś ich piechotę morską na siekane kotlety, ja wsunąłem dubstepowe pręty paliwowe do reaktora! Mamy tyle mocy…
- Jesteśmy zgubieni – odparł grobowym głosem Folkmetalowiec. - Ja wcześniej zamontowałem tam pręt paliwowy z esencją folkmetalu.
Jakby w odpowiedzi na to stwierdzenie sensory zbroi folkmetalowca zwariowały a pokład zaczął się świecić niezdrowym, jasnobłękitnym światłem.

- Licznik Geigera wariuje – mruknął doktor Klaus – Das is das ende.
Greta przytaknęła. Zawsze przytakiwała, choć teraz już zupełnie nic nie rozumiała.

Przez krótką chwilę lord Chomondeley nie był pewien, co się wydarzy. Okręt, który właśnie oparł się próbie abordażu zanim do niej na dobre doszło, świecił jasnym, błękitnym światłem. Liczniki geigera i sensory wariowały. Zgodnie z rozkazami na Zumwalta uderzyła cała flota Kompanii Wschodnioindyjskiej. Kradzież okrętu to zniewaga. Masakra załogi, która ma okręt odebrać, to już zbrodnia. A zbrodnię należy ukarać.
- Wasza lordowska mość – sekretarz zwrócił się do Chomondeleya – Zumwalt przestał świecić.
- Widzę durniu
- On… zmienił się.
Chomondeley wyciągnął lunetę i przyjrzał się okrętowi. Faktycznie, wszystko wskazywało, że jakimś cudem w miejsce Zumwalta pojawił się nowy okręt, o bardziej drapieżnych liniach, projektowany raczej przez nawiedzonych fanów science fiction niż najprzedniejszych szkutników Kompanii Wschodnioindyjskiej.
Chomondeley usłyszał ciche dudnienie
- Co to?
Sekretarz nadstawił ucha
- Bo ja wiem? Brzmi jak Skrillex – wytężył słuch – Ale jakiś taki dziwny, jakby go zagrali na harmoszce.
Chomondeley lubił, gdy postrzegano go jako przyciężkiego umysłowo. Głownie dzięki bajecznemu intelektowi i pozorom kompletnego kretyna wspiął się tak wysoko. Nieliczni dostrzegali, że to właśnie on był diabolicznym intelektem napuszczającym na siebie frakcje i rozbijającym w puch najprzedniejsze plany przejęcia władzy. Większość z tych nielicznych nie żyje na skutek zagadkowych wypadków, a sam lord dowódca wygłaszał smutne, pełne żalu mowy na symbolicznych pogrzebach, gdyż ciał nie odnaleziono.
Jednak tym razem nie było już miejsca na błazenadę. Chomondeley zebrał w głowie wszystkie posiadane informacje.
- Skrillex, harmoszka, folkmetalowiec na pokładzie… - lord dowódca zbladł – Czy oni właśnie robią zwrot w naszą stronę?
- Tak, panie
- Kryć się! - krzyknął Chomondeley i rzucił się szczupakiem pod pokład.

Folkmetalowiec nie mógł się nazachwycać nową zbroją. Nawet miecz nie ustrzegł się mutagennych wpływów dubstepu, przez co część run miało niepokojący, cyberpunkowy sznyt.
- Statki kompanii w zasięgu głównego działa za trzy
Folkmetalowiec spojrzał na wielkie jak balista działo dubstepowe na środku pokładu. Mistrz kanonierów stał na podwyższeniu za konsoletą, ostatnimi skreczami kalibrował moc.
- Jesteśmy na granicy!
- Statek w zasięgu za dwa! - krzyknął mistrz kanonierów. Słupek basów zaczął rytmicznie podskakiwać na ekranie. Wskaźnik mocy zbliżał się do czerwonego pola oznaczającego przeładowanie.
- Statek w zasięgu! - zameldował kanonier pomocnik!
- Ognia! - krzyknął kapitan
- Drop the bass! - dowódca kanonierów opuścił dźwignię.

Kolumna roztopionej plazmy dubstepowej strzeliła z działa dosłownie tnąc flotę na pół. Oślepiające kolory wirowały wypalając oczy na tyle głupim, by patrzeć. Bas rwał relingi, żagle płonęły jak ćmy w kominku.
Szczęśliwcy, którzy dostali się bezpośrednio w zasięg działa wyparowali. Kości rozsypywały się w proch, zwęglona tkanka wbijała w parujący i bulgoczący ocean. Nieszczęśnicy, którzy znaleźli się zbyt blisko basu, zafascynowani kolorami lub porwani bitem, znikali w kolumnie ognia, zwęgleni kolorowymi piorunami odrywającymi się od głównej wiązki..
Strzał się skończył. Nastała grobowa cisza, przerywana tylko popiskiwaniem mew. Prowadzący natarcie okręt „Paź Królowej” został w połowie ścięty, relingi i maszty wyparowały. Przez wszystkie okręty floty za „Paziem” szło cięcie, jakby sam Bóg wziął nóż i jednym cięciem rozpruł brzuch Kompanii Wschodnioindyjskiej.

- Rzuca ludźmi bas po ścianach, łamiąc im kolana – szepnął nabożnie Kapitan na widok zniszczeń

Chomondeley wyszedł spod pokładu. W uszach mu wciąż dudnił bas wyciskający oddech z płuc. Ręce mu się trzęsły. Bogowie północy i południa! Działo dubstepowe o takiej mocy!
Statek został ledwo muśnięty energią, co oznaczało spalone żagle i maszt ścięty do połowy. Pokład był osmalony, ale chyba nic więcej.
- Kompania! - krzyknął lord dowódca – Nowe rozkazy! - Odwrócił się tyłem do Zumwalta i wskazał horyzont – Chodu!
Lecz wtedy ocean wzburzył się, a złowrogi, pradawny ryk rozdarł niebo.

Nie jest umarłym ten, który może spoczywać wiekami. Nawet śmierć może umrzeć wraz z dziwnymi eonami.
Zatopione miasto R'lyeh od setek tysięcy lat spoczywało w pokoju, a jego plugawi, mroczni mieszkańcy spali nie niepokojeni. Nawet ryby i morskie stworzenia omijały te ohydne twory obcej geometrii, które pokrzywionymi w swej prostocie liniami wystrzeliwały z dna, celując w stronę światła, które miały przesłonić gdy nadejdzie czas.
Gdy bas pierdolnął, śpiący się obudził

- Ahh, meine kleine Greta! - dowodzący flotą nazistów doktor Klaus rozłożył radośnie ręce – Patrz, patrz, póki możesz!
- Herr Klaus! Boję się! - Greta przytuliła się do dowódcy. Spod oceanu wyłoniło się pękate, w bluźnierczy sposób humanoidalne ciało gigantycznego potwora. Smocze skrzydła przysłoniły słońce. Lecz najgorszy był ten łeb, jak gigantyczna ośmiornica, z mackami zamiast ust, i czerwonymi oczami błyszczącymi złowrogą, pradawną inteligencją. Plugawym planem zniszczenia ludzkości.
- Bój się, kleine greta! Udało się! Teraz się udało! Nasz Uberfuhrer powrócił!

Folkmetalowiec patrzył. Szukał dobrego słowa, które mógłby wypowiedzieć. Gdy nie znalazł w pamięci nic, co oddawałoby sedno sprawy, zdecydował się na klasykę.
- O kurwa… - szepnął – Wielki Cthulhu!

Ocean przybrał dziwną, złowrogą barwę głębokiej zieleni. Od plugawego cielska Wielkiego Przedwiecznego wiał przeszywający mrozem wiatr.
- Wasza Lordowska Mość? - sekretarz, zdrętwiały ze strachu, czekał na rozkazy w obliczu wyłaniającej się z oceanu potworności.
- Tak czasami myślę – Chomondeley nie mógł oderwać wzroku od Wielkiego Cthulhu, który stał wyprostowany z ręką wzniesioną w nazistowskim pozdrowieniu. Setki ludzi, setki rąk na statkach nazistów odpowiedziało tym samym. - Czasami myślę, że są takie chwile, gdy trzeba wznieść się ponad siebie, nawet jeśli jest się kimś naprawdę wysoko.
- Nie rozumiem, panie
- Dlatego to ja jestem Lordem Dowódcą a ty zwykłym sekretarzem – odparł Chomondeley – Łącz mnie z załogą Zumwalta.

Twierdza Folkmetalowców, nieokreślony punkt Głębokiego Astralu. Czas pierwszej sfery materialnej – 19.04.2017
Korpiklaan beknął głośno i podrapał się po brzuchu. Już kompletnie nie miał miejsca na więcej, ale piwo zagryzane krążkami na słono było tak oszałamiająco pyszne, że co chwilę dopychał do kałduna kolejny kęs.
- No i co dalej? - spytał
- Nie czekaj, ja odpowiem. Już się nasłuchałem tych jego opowieści dziwnej treści – Ensifer nie zjadł tylu krążków, więc był w znacznie lepszej formie – Chomondeley zaproponował sojusz w ramach którego wy wzięliście na siebie nazistowskiego Cthulhu Uberfuhrera, a on w tym czasie kopał tyłki aryjskiej armady.
- Tak właśnie było
- Napierdalaliście na prawo i lewo z działa dubstepowego paląc, niszcząc i rozwalając. Sam wielki przedwieczny padł od strzału… A nie, to by było za proste. - Ensifer pociągnął łyk piwa – Gdy już wydawało się, że Cthulhu was pokona, wpadliście na szaleńczy plan. Wysunąłeś pręty kontrolne z reaktora, następnie rozpędziliście Zumwalta tak, że wbił się Uberfuhrerowi w dupę.
- Nie inaczej
- Jako, że pręty kontrolne były wysunięte, tak jak miało to miejsce w Czernobylu, nastąpiła podobna reakcja łańcuchowa. Reaktor wpadł w niestabilność – Ensifer kontynuował – Statek wybuchł, a, że był gdzie był, wielki przedwieczny został pokonany. Flota nazistów w rozsypce, ich dowódca ze swoją blond dziunią uciekali poprzysięgając zemstę. A was Chomondeley wyłowił z oceanu, poklepał po plecach i zabrał na gigantyczną imprezę, gdzie przez dwa tygodnie piłeś drinki z kokosów w towarzystwie dupeczek ze wszystkich grup etnicznych. Truchło Wielkiego Cthulhu do dzisiaj pływa gdzieś na Atlantyku.
- Tego ostatniego nie wiem – skłamał Folkmetalowiec
- Jasne… a my w tę historię mamy uwierzyć. - żachnął się Ensifer – Lepiej gadaj skąd wziąłeś tyle tych kalmarowych krążków. Są przepyszne!

Podobało się? Polub bloga na Facebooku!




Komentarze

Popularne posty